- Max ! Chodź, pójdziemy do baru, pogramy w bilarda, odstresujemy się trochę - powiedział mój przyjaciel Matt Clave
- Nie mogę. Przygotowuję się do operacji, więc wolę nie pokazywać się w miejscach publicznych
- Ale pieprzysz ! Cały czas pracujesz, nie bierzesz urlopu nawet na święta, człowieku, życie ci ucieknie. Ja wiem że jesteś bardzo sumiennym pracownikiem, ale popatrz na mnie. Jestem doskonałym przykładem na to, że pracując w CIA nie trzeba wcale zaszywać się w czterech ścianach. - staną przede mną rozkładając ręce. - No nie daj się prosić - spojrzał na mnie błagalnie, a ja wiedziałem że dalsza dyskusja z nim nie ma sensu, bo zaraz zacznie wyrzucać mi to że jestem złym przyjacielem, zaniedbuję go, jestem pracoholikiem albo bóg wie co jeszcze.
- No dobra, ale robię to tylko i wyłącznie dla świętego spokoju. - skapitulowałem w końcu.
- Tak, tak. To o 18 spotkajmy się w barze przy Independent street - krzyknął do mnie biegnąc w kierunku biura swojego szefa.
Matt był w moim wieku, i znaliśmy się chyba od zawsze. Nasze mamy przyjaźnią się więc i my nie mieliśmy większego wyboru. Razem chodziliśmy do podstawówki, szkoły średniej, a teraz razem pracujemy w CIA jednak w różnych wydziałach. Spojrzałem na zegarek, dochodziła dziewiąta, więc od razu skierowałem swoje kroki do biura Andrew, na codzienną odprawę. Wszedłem do sali minutę przed czasem, jednak wzrok wszystkich był skierowany w kierunku ekranu. Stanąłem tuż koło Andrew i Josha i obserwowałem zamieszanie. Jedna z naszych grup szturmowych, prowadziła właśnie akcję, która miała na celu schwytanie jednego z zamachowców z 11 września. Z każdą chwilą, atmosfera w sali stawała się coraz bardziej gęsta. W powietrzu dało się wyczuć napięcie wszystkich obecnych osób. Nagle usłyszeliśmy głos dowódcy grupy.
- Mamy go Andrew - ten krótki ale jakże wyczekiwany komunikat momentalnie rozładował wiszące w powietrzu napięcie, zamieniając je w głośne, pełne radości okrzyki.
- Dobra robota panowie, informujcie nas na bieżąco - powiedział Andrew do słuchawki i zwrócił się do nas - Wygraliśmy tą bitwę, jednak nie wygraliśmy wojny. Dziękuję wszystkim za wsparcie przy tej operacji. Wracajcie do swoich obowiązków - Max ! Dobrze że cię widzę, Joshua zaraz przyniesie ci nowe dokumenty, paszport, dowód i tak dalej - oznajmił mi Andrew. Zacząłem kierować się w kierunku wyjścia, jednak wpadłem z impetem na agenta Dowella.
- Hej, młody uważaj bo się zabijesz - powiedział rozmasowując sobie czoło - Masz w tej teczce, nowe dokumenty, kluczyki do samochodu i twój nowy adres, a teraz przepraszam ale muszę wracać do pracy - i nim się obejrzałem już go nie było. Więc i ja wróciłem do biura, i do końca dnia, czytałem materiały które dostarczył mi Josh. Oprócz nowych dokumentów, były w niej zdjęcia Wiery a także jej koleżanek. Były w niej również raporty agentów na temat jej ojca. Zanim zdążyłem się zorientować dochodziła już 18 więc schowałem wszystko co dostarczył mi Joshua i wyszedłem z budynku kierując się w stronę baru w którym umówiłem się z Mattem. Miejsce to nie było zwykłym barem. Zaliczał się on do kategorii barów owianych złą sławą, za sprawą agentów CIA którzy rozsiewali gdzie mogli historie o burdach jakie miały tu miejsce. Oczywiście większość z nich była wielką bujdą, a miejsce to jest swego rodzaju odskocznią dla agentów. Bardzo rzadko zdarzało się spotkać tam osobę niezdającą sobie sprawy jaką rolę pełni Kings&Cross w życiu agentów.
- Max ! - usłyszałem głos Matta - Chodź tu, na co czekasz ?!
Podszedłem do niego niespiesznie, był w towarzystwie innych ludzi z Centrali, wszyscy byli mniej więcej w naszym wieku. Wśród nich była również ciemnowłosa piękność której imienia nie znałem.
- Cześć, jestem Max Williams - wyciągnąłem rękę w jej stronę
- Vivian Blake, biuro do spraw operacji specjalnych - uścisnęła moją dłoń, puszczając do mnie oczko. Ubrana była w skórzaną kurtkę, jeansy, biały t-shirt i czarne trampki. Dość mocno odróżniała się od osób przebywających w barze, jednak mnie to nie przeszkadzało.
- Poproszę podwójną Whiskey - powiedziałem do barmana wręczając mu banknot dziesięciodolarowy. Dosłownie za chwilę trzymałem w swojej dłoni szklankę z alkoholem. Cały czas czułem na sobie wzrok Vivian. Była zabawna, do bólu szczera i stanowcza. Jednak pod tą całą otoczką, kryła się wrażliwa dziewczyna, która już zbyt wiele w życiu widziała, mimo swojego młodego wieku. Z godziny na godzinę byliśmy coraz bardziej pijani, jednak Matt nie dawał za wygraną. Dopiero około pierwszej w nocy, zgodził się byśmy zapakowali go do taksówki. Wszyscy się rozjechali do domów, zostaliśmy tylko ja i Vivian. Zaproponowałem jej że odprowadzę ją do domu. Gdy szliśmy wzdłuż Independent Street, rozmawialiśmy o wszystkim, o naszych doświadczeniach wywiadowczych, o sytuacji na świecie, ale również o rzeczach takich jak programy telewizyjne czy filmy. Vivian mieszka w służbowym mieszkaniu na roku Independent Street i 6 Avenue.
- Może chcesz wejść ? - zapytała, uśmiechając się do mnie.
- Innym razem, muszę już iść. Może spotkamy się w weekend ? - zaproponowałem bez większego namysłu. Rano będziesz bardzo żałował tej propozycji, Williams - pomyślałem w duchu. Jednak ilość alkoholu w mojej krwi nie pozwalała mi jasno myśleć. Naprawdę, nie mogłem pozwolić sobie teraz na romans, nie mogłem pozwolić sobie na niego w ogóle.
- A dlaczego nie teraz ? Mieszkam sama, rodzice się nie dowiedzą - szepnęła mi do ucha. A ja nie mogłem powstrzymać się od parsknięcia śmiechem.
- Co cię tak bawi ? - również zaczęła się śmiać i pacnęła mnie w ramię.
- Nic takiego. Posłuchaj Vivian ja nie angażuję się w żadne relacje damsko - męskie...
- Ciiii - położyła mi palec na ustach. - A kto mówi o angażowaniu się ? Uśmiechnęła się do mnie figlarnie i chwilę później przylgnęła do moich ust a ja nie pozostałem jej dłużny. Po chwili niezbyt trzeźwego namysłu, przerywanego coraz bardziej namiętnymi pocałunkami, doszedłem do wniosku że jeden raz jeszcze nikomu nie zaszkodził.
- Bez zobowiązań ? - zapytałem
- Całkowicie bez zobowiązań - odparła niemal bez tchu a później znowu przylgnęliśmy do siebie. Pokonywaliśmy schody prowadzące do jej mieszkania dość opieszale, a gdy tam weszliśmy... to... no cóż...
Jednak cały czas, gdzieś z tyłu głowy pojawiały się myśli, o nowej a zarazem ostatniej misji, o pięknej Rosjance której będę musiał złamać serce, a także o jej ojcu i jego gniewie, który może być dla mnie tragiczny w skutkach.